Ścieki znikają z systemu. Co roku skala dorównuje jednej trzeciej Śniardw

300gospodarka.pl 2 godzin temu

Nawet 200 mln mł ścieków z szamb i przydomowych oczyszczalni może trafiać co roku do gleby, wód gruntowych, rzek i jezior, a następnie do Bałtyku. To objętość odpowiadająca niemal jednej trzeciej jeziora Śniardwy – wynika z raportu fundacji Race for the Baltic i Agencji Wspierania Ochrony Środowiska. Polska ma najniższy poziom zgodności z unijnymi wymogami dotyczącymi gospodarki ściekowej spośród państw regionu Morza Bałtyckiego.


Problem dotyczy około 10 mln mieszkańców, którzy nie korzystają z sieci kanalizacyjnej. W kraju działa ponad 2,1 mln zarejestrowanych szamb, przeszło 200 tys. kolejnych może funkcjonować poza oficjalnym systemem, a liczba przydomowych oczyszczalni sięga 500 tys.

Setki milionów metrów sześciennych znikają z systemu


Według danych GUS w 2024 r. firmy odebrały w Polsce 45 mln mł nieczystości ciekłych. Z wyliczeń autorów raportu wynika jednak, iż prawidłowo działający system powinien zebrać od 250 do 300 mln mł.


Różnica sugeruje, iż od 80 do 90 proc. ścieków z instalacji indywidualnych nie trafia do oczyszczalni. Część może przedostawać się do środowiska przez nieszczelne zbiorniki, a część być odprowadzana nielegalnie.


– Oznacza to, iż 80-90 proc. ścieków nie trafia do oczyszczalni. To jest 200 mln mł, a dla porównania Śniardwy, największe jezioro w Polsce, mają 600 mln mł. Czyli co roku ścieki o objętości 1/3 jeziora Śniardwy trafiają do gruntów, wód gruntowych czy jezior. To olbrzymia skala – mówi Marcin Kotlarek, prezes fundacji Race for the Baltic.


Polska ma około 72-proc. poziom podłączenia mieszkańców do sieci kanalizacyjnej. Autorzy raportu oceniają, iż zgodność krajowego systemu z wymogami unijnej dyrektywy ściekowej wynosi 70-77 proc. W innych państwach nadbałtyckich sięga od 96 do 100 proc.

Bałtyk zatrzymuje zanieczyszczenia na dekady


Morze Bałtyckie wymienia swoje wody bardzo wolno. Pełny proces trwa około 30 lat, dlatego substancje spływające z lądu mogą oddziaływać na morski ekosystem przez dekady.


– Morze Bałtyckie to ekosystem, który wymienia wodę raz na 30 lat, więc to, co do niego trafia, pozostaje tam przez dekady i bardzo trudno podlega procesowi regeneracji – tłumaczy Marcin Kotlarek.


Około 35 proc. fosforu trafiającego co roku do Bałtyku pochodzi ze ścieków. Nadmiar tego pierwiastka napędza eutrofizację, czyli przeżyźnienie wody. W takich warunkach gwałtownie rozwijają się glony i sinice. Gdy obumierają, ich rozkład zużywa tlen rozpuszczony w wodzie. W efekcie powstają strefy, w których ryby i inne organizmy mają ograniczone warunki do życia.


Stan morza zależy więc od działań podejmowanych setki kilometrów od wybrzeża. Do Bałtyku trafiają zanieczyszczenia spływające z gospodarstw domowych, pól, zakładów przemysłowych, portów, rzek oraz lokalnych systemów odprowadzania ścieków.

Na Podkarpaciu do środowiska może trafiać ponad 95 proc. ścieków


Skala problemu różni się między regionami. Helena Goderska, dyrektorka Biura Realizacji Projektów w Agencji Wspierania Ochrony Środowiska, przytacza dane dotyczące województwa podkarpackiego. Według tych szacunków do środowiska może tam trafiać ponad 95 proc. ścieków pochodzących z indywidualnych systemów. Roczna ilość sięga około 13,7 mln mł.


To niemal dwa razy więcej niż objętość nieczystości, które dostały się do Wisły podczas awarii warszawskiej oczyszczalni Czajka. W przypadku szamb zanieczyszczenia nie trafiają jednak do środowiska w ramach jednego głośnego zdarzenia. Proces jest rozproszony między tysiące gospodarstw i trwa przez cały rok.


Nieszczelne zbiorniki oraz nielegalne zrzuty mogą wprowadzać do gleby bakterie i substancje chemiczne. Następnie zanieczyszczenia przenikają do wód gruntowych, a stamtąd do studni i lokalnych ujęć wody pitnej.


– To ma wpływ na zdrowie publiczne. Ostatnio przypominam sobie Olecko, gdzie przez kilka dni nie było dostępu do wody, bo nastąpiło zatrucie bakteriami coli w lokalnych wodociągach. Dodatkowo ludzie też cierpią lokalnie, bo cieknące szamba zatruwają wodę w studniach, skąd na terenach wiejskich często jest pobierana woda – mówi prezes Race for the Baltic.

Stare szamba i zbyt rzadki wywóz


Jedną z przyczyn problemu jest stan techniczny indywidualnych instalacji. Część zbiorników powstała wiele lat temu, wykorzystuje nieodpowiednie materiały albo została wykonana bez zachowania adekwatnych standardów. Naprawa i wymiana takich urządzeń wymaga pieniędzy od właścicieli domów, gmin oraz państwa. Fundacja szacuje potrzebne wydatki na kilka miliardów złotych.


Kolejną przyczyną jest niewłaściwe użytkowanie instalacji. o ile gospodarstwo zbyt rzadko zamawia wywóz nieczystości, ścieki mogą przepełniać zbiornik lub być usuwane poza legalnym systemem.


Autorzy raportu zwracają też uwagę na przydomowe oczyszczalnie. Ich skuteczność zależy od prawidłowego wykonania, regularnej obsługi oraz dopasowania technologii do warunków gruntowych.

Gminy nie mają wspólnych standardów


Samorządy odpowiadają za kontrolę gospodarowania nieczystościami na swoim terenie. Jednak według raportu w wielu gminach zasady, którym podlegają ścieki, są nieprecyzyjne lub znacznie się od siebie różnią.


– W niektórych wytyczne określają wywóz szamba wtedy, kiedy się przepełni, a w innych raz na kwartał. Są to często bardzo płynne, nomen omen, standardy – komentuje Marcin Kotlarek.


Aż dwie trzecie gmin nie korzysta z systemów informatycznych pozwalających śledzić częstotliwość wywozu ścieków z poszczególnych gospodarstw. Bez takich danych trudno porównać deklarowaną liczbę mieszkańców i pojemność zbiornika z ilością nieczystości przekazywanych do oczyszczalni. Samorządy powinny też kontrolować umowy z firmami asenizacyjnymi, dowody wywozu oraz realizację obowiązku podłączenia nieruchomości do kanalizacji tam, gdzie taka sieć jest dostępna.


Nadzór nad samymi gminami również jest ograniczony. Według autorów raportu wojewódzkie inspektoraty ochrony środowiska sprawdzają rocznie około 20 proc. samorządów.

Kanalizacja nie dotrze do każdego domu


Eksperci nie postulują podłączenia do sieci każdego gospodarstwa. W rozproszonej zabudowie budowa wielu kilometrów kanalizacji dla niewielkiej liczby mieszkańców może być zbyt kosztowna.


– Poziom 72 proc. przyłączenia do sieci kanalizacyjnej nie jest zły w sam w sobie. Nie zawsze jest sens ekonomiczny, żeby podłączać każdą wieś, każde domostwo do kanalizacji. Problemem jest to, w jaki sposób ludzie obchodzą się z szambami i przydomowymi oczyszczalniami ścieków – wyjaśnia Marcin Kotlarek.


Tam, gdzie sieć się nie opłaca, potrzebne są sprawne instalacje indywidualne, regularny odbiór nieczystości i kontrola dokumentów. Bez tego formalnie istniejący system może działać jedynie na papierze.


Fundacja Race for the Baltic prowadzi kampanię „Widzisz sinice?” w ramach projektu „Bałtyk zaczyna się na lądzie”. Jej organizatorzy chcą pokazać, iż zakwity sinic nad morzem mogą mieć początek w nieszczelnym szambie, źle działającej oczyszczalni albo nielegalnym zrzucie wykonanym daleko od wybrzeża.


Każde gospodarstwo, gmina i region są częścią jednego obiegu wody. Ścieki niewidoczne po wpuszczeniu do gruntu nie znikają – zmieniają jedynie miejsce, przez które przemieszczają się dalej.




Przeczytaj także:



  • „Dzieci naklikały”, „pies był chory”. Tak dłużnicy tłumaczą brak spłaty

  • Diesel podrożał niemal o złotówkę. Przewoźnicy alarmują, iż zlecenia przynoszą straty

  • Ścieki też można cyfryzować. Polski system ma ciąć koszty energii w przemyśle

Idź do oryginalnego materiału