Kleszcz / Hardy

publixo.com 3 godzin temu

(...)
Urlopy, spędzane pod namiotem nad jeziorem Orzyc, miały prawie same pozytywy. Jedynym mankamentem, dokuczliwym i groźnym, ale niedotykającym wszystkich tam odpoczywających, były kleszcze. W czasie spacerów po okolicznym lesie można było przynieść na sobie takiego niepożądanego gościa. Gospodarz Zdzisiek uczulił moją małżonkę i mnie już na początku pierwszego pobytu, jednocześnie dokładnie oglądając własne brytany, Atosa i Portosa:
– Niestety, w lesie są kleszcze. Wpiją się, a nic nie będziecie czuli. Trzeba siebie nawzajem oglądać po powrocie z lasu. Wtedy do Barczewa, do przychodni zdrowia. Tam mają dobrą wprawę w usuwaniu. jeżeli gdzieś indziej złapiecie kleszcza, daleko od medyka, to można samemu usuwać, o tak. – Kiedy mówił, jednocześnie przeczesywał sierść Atosa. – Widzicie? – Wskazał na kleszcza, usadowionego za uchem psa i uchwycił go w dwa palce. – Jak najbliżej skóry i wyciągnąć jednocześnie skręcając, jakbyś śrubę wykręcał. Nie prosto, bo przeważnie wyrwiesz tylko odwłok. Głowa zostanie w skórze i wytryśnie to świństwo, co zakaża człowieka czy psa. – Wyciągnął kleszcza, rzucił na twardą ziemię i rozgniótł butem. – Ten jest zwierzęcy, nie atakuje ludzi – dopowiedział, widząc iż odruchowo się odsunęliśmy się od niego.
– Dużo tego jest? Tych ludzkich? – Małżonka jednak wolała utrzymać metrową odległość od psów.
– Nie będę kłamał. No, są. Dlatego oglądajcie się, kiedy wrócicie z lasu. Tu, na polu, też zresztą można chwycić, chociaż rzadziej.
Lepiej wiedzieć, niż być zaskoczonym. Przezornego własna przezorność strzeże. Codziennie wieczorem lub rano oglądaliśmy się nawzajem. Mieliśmy chyba szczęście, gdyż dopiero na drugi rok pobytu kleszcz wpiął mi się w plecy na wysokości krzyża. Miałem szczęście, iż nie rozgniotłem go podczas spania; dopiero rano, przy ubieraniu, wyczułem go pod palcami jako małą grudkę .
Pojechaliśmy do przychodni zdrowia w mieście i tam pielęgniarka usunęła go sprawnie, przy pomocy specjalistycznego przyrządu. Faktycznie miała wprawę.
Gospodarz Zdzisiek skomentował to krótko po naszym powrocie:
– Masz już pierwszy raz za sobą.
– A ty miałeś?
– Kilka, jeżeli nie kilkanaście razy. Nie liczyłem. Trzeba z tym żyć i uważać, u nas nie unikniesz. Ciesz się, iż ci wlazł na widoku. Kleszcze lubią włazić w ciepłe i wilgotne miejsca, jak w kryjówkę.
– Tu i tam? – zażartowałem, przymrużając znacząco oko.
– A jakbyś wiedział – odpowiedział dość poważnie i potwierdził kiwnięciem głową. – Raz komuś się zdarzyło, iż kleszcz mu wlazł pod… skórkę. No wiecie…
– Możesz mówić bez kręcenia, mam już dorosłą córkę. – Gabrysia się zaśmiała. – No i co było dalej? To ciekawe.
– Tak, ciekawe, ale nie dla tego faceta. – Zdzisiek gwizdnął na psy i zaczął przeczesywać ich sierść. – Nic nie czuł, dopóki nie poszedł się wysikać. Dopiero wtedy wyczuł pod skórką zgrubienie. Odciągnął i zobaczył już dobrze napitego krwiopijcę. Chociaż był miejscowy, wolał nie ryzykować samemu i pojechał do przychodni. A była to niedziela i tylko dyżury. W przychodni powiedział iż ma kleszcza, ale chce, aby usunął mu tylko mężczyzna.
– Noo… trochę mu się nie dziwię, ale z drugiej strony – roześmiałem się – zręczne palce pielęgniarek nie są aż tak złe. Przecież mają wprawę.
– Mają i to jeszcze jaką, chyba nie tylko usuwania kleszczy – też się roześmiał – ale jednak wolał chłopa. Problem, iż to była niedziela. Na dyżurze była tylko jedna lekarka i pielęgniarki.
Tym razem małżonka i ja roześmialiśmy się jednocześnie. Zdzisiek odczekał, aż nam minęło i kontynuował:
– To chciał zrezygnować i poczekać do poniedziałku. Pół godziny go przekonywały, iż nie można z tym czekać.
– A co, bał się, iż są niezręczne te pielęgniarki? Albo iż obce to nie będą uważać i krzywdę zrobią? Mnie usunęła bardzo sprawnie.
– Przeciwnie. Wszyscy znali się bardzo dobrze, on, lekarka i pielęgniarki. U nas małe miasto, kilka tysięcy, to prawie wszyscy się znają. No to sobie wyobraźcie, znajome mają mu oglądać…
Ponownie wybuchnęliśmy głośnym śmiechem. Po krótkiej chwili pogoniłem Zdziśka ruchem ręki, aby dalej opowiadał.
– Ta lekarka wreszcie go przekonała, iż lekarz to lekarz, nieważne, mężczyzna czy kobieta. Dopiero mocno postraszony, co może go spotkać, zgodził się. Jedynie zażądał, aby zrobiła to właśnie lekarka i w oddzielnym pomieszczeniu. No i tak zrobili. Pani doktor musiała się sprawnie uwinąć, bo już po pięciu minutach wyszli z gabinetu zabiegowego. Ona z leciutkim uśmiechem błąkającym się w kącikach ust, chociaż próbowała być poważna, on aż uszczęśliwiony, gdyż pozbył się niepożądanego gościa i to z tak ważnego miejsca. Podobno był jednak dość purpurowy na twarzy …
– Powinieneś książki pisać – wtrąciłem się. – Opowiadasz tak barwnie, jak jakiś literat. A tej purpurze nie dziwię się. Nikt z chłopów by nie chciał, żeby mu ktoś majstrował przy tak ważnym narządzie jakimiś szczypcami i do tego znajoma, ale obca kobieta. Ale skąd o tym wiesz? Przecież to ujawnienie tajemnicy lekarskiej i to jeszcze w tak intymnej sprawie.
Przez chwilę milczał, dokańczając przeglądanie sierści Atosa i Portosa. Nie znalazł żadnego kleszcza i wypuścił psy.
– Chyba medyczki nie rozpowiadały. To bardziej była jego wina, gdyż głośno na korytarzu przychodni żądał do wyciągnięcia kleszcza tylko lekarza mężczyznę. A tam siedziało kilka starszych pacjentek, to i się musiały domyślić. Jak już wychodził, szeptały między sobą i porozumiewawczo na niego patrzyły.
– Pewnie nie był pierwszym z kleszczem w tym miejscu. – Znowu się zakrztusiłem. – Panie bardziej dbają o swoje zdrowie, więc ich zaciekawienie było normalne, z troski o zdrowie twojego znajomego.
– To chyba ty zaczniesz pisać książki. – Zdzisiek poruszył gwałtownie palcami, jakby klikał w klawiaturę. – Do wszystkiego coś dodasz od siebie.
– Książki to nie, ale może bloga… Ciągnie mnie trochę, to staje się ostatnio popularne w necie. Ale co do kleszczy, będę jeszcze bardziej uważać. Na szczęście to nie plecy, nie trzeba do sprawdzania wołać drugiej osoby.
– Tak, lepiej zbytnio się wtedy nie chwalić. Przez dłuższy czas ten chłop w mieście nie mógł spokojnie przejść ulicą. Każdy go nagle poznawał, chłop czy baba, dzień dobry mówił i przymrużał oko lub się znacząco uśmiechał. Te baby, co podsłuchały, musiały famę puścić po znajomych. A miasto małe.
Cała nasza trójka znowu się roześmiała. Chciałem jeszcze zapytać Zdziśka, skąd on tak dokładnie zna to zdarzenie i to ze szczegółami; jakby tam był. W porę się jednak powstrzymałem. To jak z milczeniem zamiast gadania, które jest czasem złotem. Mogło to być „O jedno pytanie za daleko” – parafrazując tytuł bardzo znanego, wojennego filmu.
(...)
Idź do oryginalnego materiału