W piątek był Pierwszy Piątek Miesiąca, toteż rano pojechałam do S-rza się wyspowiadać. Kilka razy usłyszałam od Księdza z Gitarą, iż to nienormalne, żeby zrywać się z łóżka po 4 nad ranem tylko po to, aby przyjechać do niego się wyspowiadać. Kwestia przyzwyczajenia, przez kilka lat stawałam o tej godzinie, aby dotrzeć na studia. I wierności postanowieniom. Co prawda pierwotnie stałam w kolejce do Proboszcza - Seniora, ale akurat zwolniło się miejsce i poszłam do swojego byłego katechety. Ale wcześniej wraz z panem Gienkiem przygotowałam ołtarz i księgi, z których celebruje się Mszę. I tak sobie myślę, iż choćby o ile Ksiądz z Gitarą jest początkowo zły na mój widok (albo takiego udaje), to w większości przypadków i tak ostatecznie ląduję u niego na śniadaniu. Ile razy jedliście śniadanie u księdza? Ja od pół roku przynajmniej raz na miesiąc.
Ta godzina to głównie czas na spokojną rozmowę, na podzielenie się tym, co jest dobre, a co złe. Oczywiście staram się być i w każdą niedzielę na jednej Mszy świętej (co wymaga niezłej logistyki), na poniedziałkowej nowennie do patrona parafii oraz Kręgu Biblijnym po niej i na środowych oraz piątkowych Mszach świętych z godzinkami, czasami pomagam w organizacji czegoś. Ale wtedy nie ma czasu w taką swobodę. Tutaj mam totalną wolność, choćby kiedy tematy dotyczą np. mojego stanu zdrowia. Teraz księża w niby w żartach, niby poważnie, przypominali mi o popołudniowych Drogach Krzyżowych. Niestety, nie opanowałam jeszcze bilokacji, a akurat musiałam po pracach jechać do Wadowic, na spotkanie moich "Rafałków". Mieliśmy na nie zaplanowaną Drogę Krzyżową w ogrodzie za parafią pw. św. Piotra Apostoła na tzw. Skarpie. Niby mogłabym jechać w sobotę z samiutkiego rana, ale więcej bym się namęczyła, niż wszystko byłoby tego warte. Tym bardziej, iż i tak miałam umówiony nocleg na miejscu. Na piątkową Drogę Krzyżową poszłam, ale do bazyliki. I też było ok.
Sobotnie spotkanie uważam za udane. Najpierw Msza święta w kościele św. Piotra, potem Droga Krzyżowa po urokliwym ogrodzie, a na koniec wypad na kremówki z okazji Dnia Kobiet. Rozważania poszczególnych stacji Drogi Krzyżowej były mojego autorstwa i dotyczyły obecności Aniołów Stróżów w życiu każdego z nas. Starałam się ukazać, iż oprócz Aniołów Stróżów z Nieba, mamy też tutaj naszych Aniołów, którzy przybierają różne postaci, a nawet, iż my sami możemy być takimi Aniołami dla innych. Teksty, czytane przez niepełnosprawnych, przypadły do gustu, a ja cieszę się, iż choćby w taki sposób mogłam przyczynić się do budowania wspólnoty. Dodatkową dla mnie niespodzianką było to, iż moja kuzynka z mężem jechali do K-c i mogli mnie podwieźć do DG. Lepsze to, niż jechanie przez Gród Kraka, czyli niejako naokoło.
Wczoraj z kolei udało mi się wyrwać wieczorem na film "Najświętsze serce". Chciałam na niego iść już od pewnego czasu, ale paradoksalnie z tym czasem też jest u mnie tak, jak jest. Myślałam, iż to będzie kolejny film, na który nie uda mi się wybrać. Tymczasem, zupełnie przez przypadek, usłyszałam podczas ogłoszeń duszpasterskich, iż w kinie w moim mieście jest organizowany "pokaz na zamówienie", w dodatku po tańszym bilecie. Co ciekawe, miałam propozycję wzięcia udziału w projekcji dzień wcześniej, ale nie wiedziałam, iż uda mi się wrócić z Wadowic o tak dobrej porze i odmówiłam. Widać ktoś tam na górze chciał, aby było inaczej.
Sam film został nakręcony w konwencji dokumentu, podobnie jak "Serce ojca", o którym pisałam Wam w zeszłym roku. Dużo więc w nim historii zwykłych ludzi, którzy doświadczyli w swoim życiu łask za pośrednictwem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Niektóre z nich były spektakularne, a inne bardzo dyskretne i ledwo co zauważalne. A jednak każde z tych świadectw pokazywało, iż każdy człowiek jest niesamowicie istotny dla Najwyższego - tak samo wierzący, jak i niewierzący. Myślę też, iż wielu z nas mogłoby się identyfikować z bohaterami przedstawionymi w filmie, z ich historiami, trudnościami, ale i małymi zwycięstwami, najczęściej takimi zauważanymi tylko przez nich samych. Do mnie osobiście najbardziej przemówiły wszystkie obrazy przedstawiające serce Pana Jezusa. Nie to cukierkowo-bajkowe, ale prawdziwe i ludzkie.
Tak jak pisałam, był to "pokaz na zamówienie", a więc cała sala kinowa była tylko dla nas. Każdy z nas mógł usiąść tam, gdzie chciał. Przy okazji spotkałam wielu znajomych, co bardzo mnie ucieszyło.
W przyszłą niedzielę wybieramy się na film "Niedziele". Miał być w piątek, ale coś nie wyszło.









