Załogi pierwszych tegorocznych warsztatów żeglarskich i sportowo-językowych obrały kurs, którego nie zmieniły choćby kaprysy pogody. Prowadził przez żeglarskie manewry, hiszpańskie słówka i kolejne wyzwania, z których każde przybliżało do odkrywania w sobie nowych pokładów umiejętności i samodzielności. Warsztaty odbywały się od 1 do 6 czerwca w Giżycku w ramach projektu Akademia ShareOKO IV dofinansowanego ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.
Spróbuj, a może polubisz
Sześć dni to zdecydowanie za mało, by nauczyć się hiszpańskiego czy wykonać kwiat lotosu, jeżeli do tej pory wcale nie ćwiczyliśmy. Ale to wystarczająco dużo czasu, by uwierzyć, iż jedno i drugie jest w zasięgu naszych możliwości. Wystarczy chcieć.
Hola, el perro, por favor, muchas gracias, no entiendo… – na początku niełatwo było zapamiętać znaczenie i wymowę hiszpańskich słówek, ale z każdym dniem brzmiały coraz bardziej swojsko. Prowadząca, Monika Dubiel, przekazywała wiedzę w jasny i uporządkowany sposób, wzbogacając zajęcia ćwiczeniami oraz ciekawostkami o języku i kulturze państw hiszpańskojęzycznych. Uczestnicy poznali podstawy gramatyki, a na ostatniej lekcji przetłumaczyli i zaśpiewali piosenkę La bamba. Codzienny kontakt z pięknem języka hiszpańskiego i zrozumienie podstaw były inspirujące. Wiele osób złapało wiatr w żagle i nabrało apetytu na dalszą naukę.
Zajęcia sportowe również miały na celu zmotywowanie do zmiany stylu życia, do znalezienia czasu i ochoty na codzienny trening. Prowadząca, Katarzyna Kurczak, uczyła, jak prawidłowo wykonywać ćwiczenia, by wzmocnić lub rozciągnąć poszczególne partie mięśni. Każdy dzień warsztatów rozpoczynał się od rozgrzewki nad brzegiem jeziora Kisajno, a kończył ćwiczeniami pilates. W ciągu dnia, pomiędzy lekcjami hiszpańskiego odbywały się zajęcia ogólnorozwojowe w siłowni lub w plenerze. To był świetny trening – dla ciała i dla umysłu.
Im trudniej, tym ciekawiej
A jak było na warsztatach żeglarskich? Na pewno intensywnie. adekwatnie już od pierwszego dnia uczestnicy mieli pełne ręce roboty. Dokładnie w tym samym czasie, gdy przyjechali do ośrodka, fundacyjna łódka Mila była wodowana. Warsztaty rozpoczęły się zatem od zapoznania się z elementami takielunku, stawiania masztów, mocowania żagli. Osoby niewidome mogły wejść na każdy żagiel rozłożony na trawie i sprawdzić, jak duża jest jego powierzchnia. Po przywiązaniu żagli do gafli – specjalnych drewnianych elementów, dzięki których stawia się żagle – pozostało przymocować je do masztów. Postawić i sprawdzić, czy wszystko działa.
Po kilku godzinach przygotowania jachtu, po krótkim szkoleniu z zasad bezpiecznego zachowania się na wodzie, świeżutka załoga rzuciła pierwszy raz cumy i popłynęła na Mili za Dębową Górkę.
Podczas tych sześciu dni warsztatów uczestnicy musieli radzić sobie z różnymi warunkami pogodowymi. Były dni, w których pięknie wiało i takie, w których słońce i zupełna flauta dawały się we znaki. Zdarzyło się, iż w strugach deszczu ze zrzuconymi żaglami, na silniku uciekali przed burzą. Innym razem, gdy gładko płynęli do portu, korzystając tylko i wyłącznie z siły wiatru, usłyszeli za sobą grzmot. Wiedzieli, iż zmienia się pogoda. Zdążyli przycumować, zdjąć swoje rzeczy z łódki… I nagle jakby oberwanie chmury. W 10 minut deszcz zdążył przemoczyć wszystko, co mieli na sobie. Najważniejsze jednak, iż byli na lądzie i byli bezpieczni.
– Ani to, iż czasem trzeba było wiosłować, ani to, iż wciągarka mieczowa odmówiła posłuszeństwa, ani żadne niesprzyjające warunki pogody nie złamały tej załogi, nie popsuły morale uczestników. Wręcz przeciwnie. Odnosiłem wrażenie, iż im trudniej, tym ciekawiej i przyjemniej. Wiosłowanie to przecież dobre ćwiczenie na mięśnie, wciągarkę udało się gwałtownie naprawić, a pogoda jak to pogoda – każda dobra, wystarczy się odpowiednio ubrać – mówił prowadzący warsztaty, Robert Zarzecki.
Odcumować życiową łódkę
W pamięci wszystkich uczestników na pewno zostanie ostatni dzień warsztatów wyjazdowych. Dzień, w którym Fundacja wynajęła dodatkową łódź i uczestnicy na dwa jachty popłynęli do Portu w Sztynorcie. Po obiedzie w Babie Pruskiej, w drodze do Oczu Mazur obowiązkowo kąpiel w jeziorze, a wieczorem wymiana doświadczeń, opowieści, żarty przy blasku ogniska.
Podsumowaniem wyjazdu mogą być słowa jednego z uczestników… „Zastanawiałem się, czy jechać z Wami. Tak naprawdę, przed wyjazdem miałem ogromnego doła. Czułem ogromną pustkę w swoim życiu. Nie do końca wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Ale wyjechałem. Jestem tu. Dzięki Wam nabrałem bardzo dużo energii, naładowałem baterie. Myślę, iż teraz dzięki Wam mogę spokojnie odcumować moją życiową łódkę i dać się ponieść fali. I czuję się w tym bezpiecznie”.
To największy dowód na to, iż duże zmiany zaczynają się od małych rzeczy i nigdy nie wiadomo, jak zmieni się nasz życiowy kurs, gdy tylko chwycimy za ster.






