Od pięciu lat odbieram wnuczkę ze szkoły i jest u mnie do wieczora. Na kardiologa czekałam na NFZ osiem miesięcy, termin wypadł w czwartek po południu. Synowa zapytała tylko: „a nie da się tego prywatnie, po siedemnastej?”
„Mamo, a nie da się tego prywatnie, po siedemnastej?” - Agnieszka zapytała to, nie odrywając wzroku od telefonu, i sięgnęła po drugi kawałek sernika. Mojego sernika. Tego na zimno, z brzoskwiniami, który Zuzia lubi najbardziej.
Siedziałyśmy przy moim stole, pod moją lampą, w niedzielę po obiedzie. Paweł wyszedł z małą na balkon, żeby pokazać jej coś w telefonie. A ja trzymałam w ręku karteczkę z przychodni i patrzyłam na nią tak, jakby ktoś mi ją dopiero co wręczył: czwartek, czternasta czterdzieści, poradnia kardiologiczna, gabinet numer sześć.
Osiem miesięcy. Tyle czekałam od dnia, kiedy doktor Wiśniewska popatrzyła na wydruk EKG, zmarszczyła brwi i powiedziała: „Pani Lucyno, ja tu nie będę zgadywać. Skierowanie do kardiologa i proszę się nie forsować”. Nie forsować. Dobre sobie.
Od pięciu lat mój dzień ma ten sam kształt. Rano tabletki, zakupy, obiad - zawsze na dwie osoby, choć mieszkam sama, od kiedy sześć lat temu pochowałam Ryszarda. O czternastej dwadzieścia wychodzę z bloku na Ustroniu i idę te dziesięć minut pod szkołę. Zuzia wybiega pierwsza albo ostatnia, nigdy pośrodku. Potem zupa, lekcje, czasem bajka, czasem pierogi lepione na wyścigi. Paweł odbiera ją koło siódmej, czasem po ósmej, bo jeździ dla firmy kurierskiej i nigdy nie wie, ile paczek zostanie mu na pace.
Zaczęło się, kiedy Zuzia poszła do pierwszej klasy. Agnieszka płakała wtedy w tej samej kuchni, iż świetlica przepełniona, iż dziecko będzie tam siedziało jak w poczekalni u lekarza, iż ona nie da rady. Byłam rok po pogrzebie, świeżo na emeryturze po trzydziestu latach w bibliotece na Zamłyniu, i nie wiedziałam, co zrobić z popołudniami. Powiedziałam: „Ja ją będę brała”. I brałam. W deszcz, w śnieżycę, z grypą, z kolanem, które w listopadzie boli tak, iż po schodach schodzę bokiem.
Nie żałowałam. To chcę, żeby było jasne. Ta mała uratowała mi pierwsze lata bez Ryszarda bardziej niż wszystkie recepty doktor Wiśniewskiej.
„Prywatnie?” - powtórzyłam.
„No, prywatnie. Teraz wszyscy tak chodzą. Wejdziesz w tydzień, nie będziesz siedzieć w kolejce z dziadkami...” Urwała, bo chyba usłyszała, co mówi. „Znaczy... wiesz, o co mi chodzi.”
Wiedziałam. Wiedziałam też, ile kosztuje wizyta u kardiologa na Żeromskiego, bo sąsiadka z czwartego piętra była w zeszłym miesiącu. Tyle, ile płacę za prąd i gaz przez dwa miesiące. A jak lekarz każe zrobić holtera, to drugie tyle.
„A ty nie możesz w ten jeden czwartek wyjść wcześniej?”
Agnieszka odłożyła widelczyk. „Mamo, ja jestem na okresie próbnym. Wiesz, ile ja się naszukałam tej pracy? Mam grafik do siedemnastej i kierowniczkę, która liczy, kto ile razy był w toalecie.”
To akurat była prawda. Od września odbierała telefony w biurze obsługi klienta firmy ubezpieczeniowej, po trzech latach przerwy i dwóch nieudanych rozmowach o pracę. Wracała szara na twarzy. Paweł powiedział mi kiedyś na klatce schodowej, iż ona w nocy nie śpi, bo jej się śnią słuchawki.
„A Paweł?”
„Paweł ma w czwartki trasę do Pionek. Przecież wiesz.”
Wiedziałam. Wszystko wiedziałam. Tylko jakoś nikt nie zapytał, co ja wiem o swoim sercu, które od wiosny potrafi w nocy zatrzepotać jak ptak zamknięty w pokoju, aż siadam na łóżku i liczę oddechy. Sześćdziesiąt sześć lat, myślałam wtedy po ciemku. Ryszard miał sześćdziesiąt dwa.
Zuzia wróciła z balkonu z czerwonymi od zimna uszami. „Babciu, a co to jest kardiolog?”
„Lekarz od serca, kochanie.”
„A co ci jest w sercu?”
Agnieszka spojrzała na mnie szybko, prawie z przestrachem. I wtedy dotarło do mnie, iż ona naprawdę nie wie. Przez osiem miesięcy ani razu nie zapytała, po co mi to skierowanie.
W środę rano zadzwoniłam do rejestracji, żeby przełożyć termin. Pani była miła, choćby bardzo. „Najbliższy wolny mam w kwietniu, pani Lucyno.” Kwiecień. Odłożyłam słuchawkę i długo siedziałam przy kuchennym stole, słuchając, jak buczy lodówka.
Wieczorem zadzwoniłam do Zuzi. Ma telefon od dziesiątych urodzin, z kontrolą rodzicielską i trzema numerami na krzyż.
„Zuziu, jutro nie przyjdę pod szkołę. Dałabyś radę sama wrócić do domu?”
Chwila ciszy. A potem, zupełnie spokojnie: „Babciu, przecież ja mam klucz od września. Mama mi dała, jakbyś kiedyś zachorowała. I podpisała w sekretariacie, iż mogę sama wychodzić. Ola z mojej klasy chodzi sama od czwartej.”
Od września. Klucz. Na wypadek, gdybym zachorowała.
Siedziałam z tym telefonem przy uchu, a w środku coś mi się przewróciło i nie umiałam powiedzieć, czy to serce, czy złość. Bo skoro Zuzia mogła wrócić sama, to o co było całe to „a nie da się prywatnie”? O bezpieczeństwo dziecka? Czy o to, iż kiedy ja ją odbieram, ona jest nakarmiona, odrobiona i wykąpana, a Agnieszka o siódmej wieczorem nie musi już nic?
W czwartek siedziałam pod gabinetem numer sześć od czternastej dwadzieścia. Kardiolog był młody, mówił gwałtownie i patrzył głównie w monitor. Zmiana leków, holter na dobę - założyli mi od razu, bo akurat zwolniło się urządzenie - kontrola za trzy miesiące. „I proszę ograniczyć stres. Codzienne obowiązki, ile się da, przekazać innym.” Pokiwałam głową, jakby to było takie proste.
O piętnastej dziesięć przyszedł SMS: „Jestem w domu. Zjadłam kanapkę. Kocham cię babciu.” Rozpłakałam się na korytarzu przychodni, przy automacie z kawą, a jakiś starszy pan bez słowa podał mi chusteczkę.
W niedzielę powiedziałam im przy obiedzie. Że od dzisiaj biorę Zuzię w poniedziałki, środy i piątki. We wtorki i czwartki ma klucz, niech go używa. Że na kolację mogą ją przyprowadzać, kiedy tylko chcą. Ale już nie codziennie.
Paweł milczał, dłubiąc widelcem w kotlecie. Agnieszka zbladła.
„Mamo, ale teraz? Teraz, jak ja mam okres próbny? Nie mogłaś poczekać do stycznia?”
„A serce ma poczekać do stycznia?” - zapytałam.
„To nie fair. Przecież mówiłam, żebyś poszła prywatnie, ja bym ci choćby oddała...” Głos jej się załamał. „Ty nam to robisz za karę.”
Może miała trochę racji. Nie wiem. Może gdyby w tamtą niedzielę zapytała, co mi jest, zamiast pytać, czy da się po siedemnastej, nie nosiłabym teraz w sobie tego kamienia. A może i tak powiedziałabym to samo, bo lekarz kazał. Czasem sama nie wiem, czy to była decyzja, czy obraza.
Jest wtorek. Czternasta dwadzieścia. Płaszcz wisi na oparciu krzesła, buty stoją przy drzwiach. Telefon właśnie zawibrował: „Babciu, przyjdziesz dzisiaj?”
Jeszcze nie odpisałam.














