Krach w środku dnia. Dlaczego kryzysy przychodzą bez zapowiedzi?

monikapawelec.pl 1 dzień temu

Krach w środku dnia. Dlaczego kryzysy przychodzą bez zapowiedzi?

📌 Kiedy odcinają prąd

Przez lata opowiadałam sobie tę samą bajkę: iż kryzysy to wymysł egzaltowanych psychologów i ludzi, którzy po prostu lubią robić ze swojego życia telenowelę. Znasz ten typ. Przechodzi obok Ciebie człowiek, którego cała egzystencja to nieprzerwany paszkwil na własny temat, a każdy poniedziałek urasta do rangi narodowej żałoby.

Karmienie się własnym cierpieniem to najprostszy i darmowy sposób na atencję od świata. Epatujesz bólem – i nagle masz reflektor skierowany prosto w twarz. Znajdziesz ludzi, którzy ponarzekają z Tobą, a przy okazji może też takich, którzy rzucą się w pocieszanie. O narcyzach i ich cyfrowych ołtarzykach mówimy dziś bez przerwy, ale o tych, którzy budują całe swoje ego na zawodowym statusie ofiary? Cisza. Jak w kościele po zamknięciu drzwi.

Tylko iż w pewnym momencie ta wygłoszona z bezpiecznego dystansu teoria dostaje z liścia od rzeczywistości. Łapię tę pointę, ale tylko częściowo, bo jednak... Dochodzę do wniosku, iż kryzysy istnieją i naprawdę wystarczy być człowiekiem, żeby je mieć. Badabum Tsy! Czekoladowy medal dla mnie za oczywistość w moim nieoczywistym dążeniu do podejmowania różnych tytanicznych wysiłków w imię walki z nudą oraz na rzecz kierkegaardowskiego skoku wiary, który wydaje mi się jedyną strategią w życiu, która naprawdę ma szansę wyjść na dobre.

Kiedy wydaje Ci się, iż dmie Ci ten wiatr w żagle, jak powalony, a tak naprawdę to kryzys za winklem krzyczy: tiruriru!

Bo kryzysy wcale nie pytają o zgłoszenie. Nie są abstrakcyjnym pojęciem z podręcznika do rozwoju osobistego ani nudnym felietonem o kryzysie trzydziestolatka, który czytasz przy porannej kawie. Przychodzą wtedy, gdy masz otwartych czterdzieści kart w przeglądarce i naiwnie wierzysz, iż trzymasz stery tego cholernego statku.

I nagle – bam. Zatrzymujesz się nie dlatego, iż złapałeś zen na macie do jogi, ale dlatego, iż ktoś bezczelnie odciął Ci prąd. Patrzysz w lustro i siebie nie poznajesz, patrzysz na swoje życie i myślisz sobie "Boże, co ja sobie zrobiłem/łam". Wydaje Ci się, iż dotknął Cię stan z kościoła Blues Brothers, ale spokojnie... to najpewniej zapowiedź tego, iż obudzisz się z tego kryzysu w tym samym środowisku, ale z zupełnie innymi myślami.

Patrzysz na swoje życie i chociaż z wierzchu wszystko w porządku - rozglądasz się tak, jakbyś dopiero w tym życiu wylądował, a w kalendarzu wybija już prawie dekada od kluczowych decyzji. I zaczyna Ci odbijać; szukasz bodźców tylko po to, by się trochę odbić od tego, co znasz i zobaczyć chociaż trochę, co tam jest za rogiem. choćby jeżeli nie dla Ciebie, nie na teraz i na to życie. Wydaje mi się, iż to jest do pewnego stopnia normalne...

Zaczynasz patrzeć na siebie na nowo i naprawdę nie wiesz, czy to życie, które masz jeszcze do Ciebie pasuje.

Ale co ciekawe... To nie jest moment na żadne decyzje. jeżeli siedzisz w środku wulkanu, w którym już kipi ta lawa i sekundy dzielą Cię od erupcji, nie jesteś w stanie dojrzeć tego, iż istnieje świat poza wulkanem. A sam wulkan też nie jest wiecznie aktywny.

I to jest dokładnie ten moment, w którym zmiana życia na trawę bardziej zieloną owocuje zwykle innym trawnikiem, ale tymi samymi problemami. Dlatego warto cały wysiłek włożyć w to, żeby wyjść z tego wulkanu, porozglądać się, spojrzeć na wulkan z różnych perspektyw, a potem wrócić do wulkanu i zobaczyć, jaki potrafi być fascynujący, kiedy jest w stanie absolutnego spoczynku. I wtedy już nie patrzysz na tę sytuację, jak na okazję do zmiany galaktyki, ale nabierasz mocy całością tego doświadczenia.

Poprzednie życie już naprawdę do Ciebie nie pasuje, ale trawa bardziej zielona też, bo dochodzi do Ciebie, iż to tylko fikcja.

Nawet jeżeli jest bardzo przekonująca. Wydaje nam się, iż kryzysy to coś, co oglądamy w wiadomościach albo czytamy u kogoś na profilu. Aż nagle sami stajemy się tym spektakularnym punktem zwrotnym. Albo cudzym ratunkiem, na cudzy kryzys.

Te wszystkie płomienne romanse dojrzałych facetów z dwudziestolatkami to rzadko kiedy filmowa miłość (i tak wiem, wszyscy miłośnicy Chajzera teraz płoną tym, iż napisałam coś takiego), a najczęściej po prostu najczystsza, nieopłacona terapia na cudzy koszt. Albo bezkosztowa relacja dla jednej ze stron, która potrafi miło pogłaskać nie tylko ego, ale równocześnie nie wiążę się z żadnym zobowiązaniem. Umówmy się, faceci, którzy mają o 20 lat młodsze partnerki na starcie są wygrani. Pojawia się jednak pytanie o koszt ponoszony po drugiej stronie. I nie, nie twierdzę, iż dwudziestoletnia różnica wieku to jest zawsze materiał na terapię, kiedy wszystkie strony są dorosłe. Ale... w naprawdę wielu przypadkach to po prostu kryzys wieku średniego, w który nie wierzyłam. A jeżeli dodatkowo spotykają się dwa kryzysy, to kryzys finalny jest tym większy, im mniej rozsądku są w stanie wykazać obydwie strony.

Pustka w relacjach głęboka na trzy metry, a każdy z nas czegoś szuka.

Żyjemy w epoce, w której jesteśmy tak potwornie przeładowani bodźcami, iż potrzebujemy natychmiastowego potwierdzenia własnego istnienia. Popijamy tę pustkę powierzchownymi reakcjami, serduszkami pod zdjęciami obiadu ludzi, których nie widzieliśmy od podstawówki, i złudzeniem, iż uczestniczymy w czyimś życiu. Efekt? Pustka w relacjach głęboka na trzy metry, w której echem odbijają się wyłącznie Twoje własne, neurotyczne monologi. A pragnienie prawdziwości i głębi dalej jest i drąży te dziurę jak korniki stary dziadkowy kredens. I dupa... Bo tego się nie da otrzymać szybkim lajkiem, ani łatwą zmianą scenerii.

Trzeba niezwykłej siły, aby stawiać czoła własnym pragnieniom i zapędom ego, na rzecz większego dobra. Tak, wiem, jak bardzo to jest niepopularne stanowisko w dobie konsumpcjonizmu i szybkich zmian. Łatwiej - często wcale nie znaczy lepiej, ale tego człowiek uczy się w czasie i na bazie doświadczeń, a nie z popularnej instagramowej psychologii, która nakazuje coś zupełnie innego.

Zderzenie z rzeczywistością i weryfikacja

Prawdziwa weryfikacja nie przychodzi wtedy, kiedy jest miło. Przychodzi wtedy, gdy gaśnie światło, kończą się filtry na Instagramie i musisz skonfrontować się z rzeczywistością, porzucając każdą jedną iluzję, na każdy możliwy temat. Bardzo często też na swój własny temat - ciężko się na to patrzy. Niektórzy w tym momencie popadają w depresję, albo kończą małżeństwa, czy wpadają w nałogi.

Patrzenie na siebie w trakcie kryzysu i po nim, jest jak brama lustra, przez którą musi przejść Atreju, by uratować krainę Fantazji. Musisz spojrzeć na siebie i wytrzymać własne spojrzenie, bo wtedy wszystko widać jak na dłoni, choćby to, czego sam nie chcesz za żadne skarby widzieć.

Z perspektywy czasu dopiero widać, co było trzeźwym wyborem dorosłego człowieka, a co tylko paniczną improwizacją w środku płonącego budynku. I dopiero wtedy rozumiesz, iż zawiłe ścieżki, które brałeś za prostą drogę, były po prostu zaproszeniem do tego, żeby wreszcie przestać żyć w ten sposób. Zwykle, kiedy życie chce nas sprowokować do przełamania jakiegoś wzorca, podsyła nam dokładnie te sytuacje, na które dawniej dalibyśmy się złapać. Od nas zależy, czy będziemy kręcić się w kółko, czy jednak zrobimy coś inaczej i zmierzymy się z tym, co się wówczas stanie.

Idź do oryginalnego materiału