Podczas ostatniego spotkania "Dominków-bis" padła informacja, iż główna koordynatorka prowincji zaprasza chętnych do siebie, aby pomóc w przygotowaniu drobnych gadżetów na tegoroczny "Dzień głoszenia i dzielenia". Myślę, iż bliżej przybliżę Wam tą ideę, kiedy ten dzień już nastąpi. Zresztą sama na razie kilka o niej wiem. Mamy umówione dwie parafie, do których pojedziemy zbierać fundusze na dofinansowanie do tegorocznego obozu letniego. A żeby nie było, iż bierzemy nic nie dając, to mamy w planach przygotowanie scenki do Ewangelii z dnia (to akurat jest standard pracy we wspólnotach zrzeszonych w ruchu "Wiara i Światło") oraz sprzedawanie woreczków z lawendą w środku i cytatem - "Jesteśmy piękni Twoim pięknem Panie".
Te woreczki jednak trzeba było zrobić. Jestem świadoma swoich ograniczeń i wiem, co mogę zrobić, a co muszę odmówić, ale co zrobię, to zrobię. choćby o ile byłyby to dwa woreczki na godzinę, to zawsze są te dwa woreczki mniej do zawiązania. Napisałam więc do koordynatorki prośbę o wysłanie mi adresu do I., bo jedyne co wiedziałam to, to iż mieszka w Chrzanowie. Po krótkiej wymianie wiadomości i przekonaniu M., iż dam radę dojechać autobusem z Katowic, dostałam to, o co prosiłam. Po powrocie z poniedziałkowego Kręgu Biblijnego sprawdziłam jak dojechać na miejsce nie posiadając prywatnego samochodu. Wbrew pozorom nie było to takie skomplikowane, jeden autobus do Chrzanowa i jeden już w samym mieście. A potem góra 300 metrów na nogach (obstawiam, iż była to mniejsza odległość).
Po pokonaniu późnopopołudniowych korków, bo na spotkanie jechałam po pracy na świetlicy, oraz nieznajomości okolicy dotarłam do domu I. Tu bardzo mi zaplusowała, ponieważ na bramie przed posesją miała tabliczkę z nazwą ulicy oraz numerem domu. Bardzo mi to ułatwiło poszukiwania. Wyściskana przez I. weszłam do niewielkiego, ale przytulnego salonu, w którym siedziało już kilka osób i albo wycinało karteczki z mottem, albo tworzyło woreczki. Mnie ze Zbysiem przypadło w udziale zaciskanie ich, czyli coś na miarę naszych możliwości. No bo nie wytniemy nic prosto (chyba iż przypadkiem), nie zszyjemy odpowiednio woreczka ani nie napełnimy go lawendą bez rozsypywania dookoła. Nie oznacza to jednak, iż byliśmy bezużyteczni, a we dwójkę to choćby raźniej nam szło. Przy okazji było dużo rozmów, śmiechów i chichów. A przy okazji - wzajemnego poznawania się. Chociaż przez tych kilka spotkań już chyba zdążyliśmy się w miarę dobrze zapoznać. No i jeszcze po dwóch godzinach było dużo kaszlu i kichania, bo lawenda weszła nam w nozdrza oraz gardła.
Po jakiś trzech godzinach wszystkie woreczki były już gotowe. Wyszły tego dwa pokaźne worki. A my jedliśmy najsmaczniejsze zapiekanki na świecie, zrobione przez gospodynię domową. Przy okazji trochę też porozmawialiśmy o tegorocznym obozie, na który jedziemy na początku sierpnia. Padło pytanie do mnie i do Zbysia, czy jedziemy. No oczywiście, iż się zapisałam, choćby zaliczkę wpłaciłam. Co prawda to będzie dla mnie maraton, bo z jednego obozu jadę na drugi, ale jakoś to przeżyję. Muszę. Wszyscy też dziwili się, iż dałam radę dotrzeć na spotkanie. Podobno już wcześniej Ksiądz Niosący Światło mówił im o takiej znajomej, co potrafi robić rzeczy niemożliwe, ale mu nie wierzyli, dopóki mnie nie poznali. interesujące ile mitów jeszcze im naopowiadał.
Do domu podwieźli mnie koordynatorzy naszej grupy. W zasadzie było już późno, a ostatni bezpośredni autobus do Katowic już odjechał. Pewnie musiałabym jechać przez Jaworzno, a potem kombinować. A tak zawieźli mnie na samo osiedle. Lepszego rozwiązania nie mogłam sobie wymarzyć. Tym bardziej, iż byłam już zmęczona. Ale za to - szczęśliwa.









